Strona główna  /  Z życia Kościoła  /  Rok 2017  /  Joseph Ratzinger/Benedykt XVI

Joseph Ratzinger/Benedykt XVI

 Kontynuujemy cykl poświęcony postaci Josepha Ratzingera/Benedykta XVI.

Dzień przed swoimi święceniami kapłańskimi Joseph Ratzinger sięgnął po Pismo Święte, aby, jak się później wyraził, jeszcze raz dostrzec, czego Bóg od niego pragnie. Biblia otworzyła się na słowach Ewangelii św. Jana: „Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą" (J 17,17). I rzeczywiście, można powiedzieć, że: prawda, rozum, relacje wiary i rozumu, ciągle przewijały się w nauczaniu Josepha Ratzingera/Benedykta XVI. Podkreślał on, że wiara jest zawsze rozumna a ludzki rozum jest zawsze otwarty na pełne zwieńczenie, a mianowicie osobiste poznanie Boga i Jego miłości do człowieka. Zaznaczał, że tylko Bóg, który jest prawdą, czyni człowieka wolnym i może uwolnić współczesnego człowieka od ideologii proponujących mu samozbawienie i dyktatury relatywizmu. Rozum i wiara wzajemne korygują się i oczyszczają, a dzięki temu chronią nas przed groźnymi patologiami. Nauczanie Kościoła chroni rozum przed zawężaniem i ideologią, z drugiej zaś strony strzeże krytyczną linię wiary przed fundamentalizmem.

Na początku konklawe w kwietniu 2005 r., tuż przed swym wyborem na Stolicę Piotrową, kard. Ratzinger dokonał analizy sytuacji duchowej współczesności. I jako główne wyzwanie, przed jakim staje obecnie Kościół, uznał relatywizm. - Posiadanie jasnej wiary, zgodnej z credo Kościoła, zostaje często zaszufladkowane jako fundamentalizm. A tymczasem relatywizm, to znaczy zdanie się na „każdy powiew nauki", zdaje się być jedyną postawą godną współczesności. Ustanawiany jest rodzaj dyktatury relatywizmu, która nie uznaje niczego za pewnik, a jedynym miernikiem ustanawia własne ja i jego zachcianki. My natomiast mamy inną miarę wielkości: Syna Bożego, prawdziwego człowieka. To on jest wyznacznikiem prawdziwego humanizmu - mówił kard. Ratzinger.

Potem, już jako papież, zarówno w swych licznych wypowiedziach w Rzymie, jak i podczas podróży apostolskich, przestrzegał przed uleganiem wrażeniu, że wszystko jest względne i również prawdy wiary zależą od sytuacji historycznej i od ludzkiej oceny.  -Obowiązkiem Kościoła jest troska, «by nie zamilkł Duch Prawdy». Nie możemy ulec pokusie relatywizmu czy subiektywnego i selektywnego interpretowania Pisma Świętego. Tylko cała prawda pozwoli przylgnąć do Chrystusa, który umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia - przypominał w Warszawie w 2006 r.

Zarazem Benedykt XVI zawsze podkreślał, że istoty chrześcijaństwa nie stanowi jakaś idea, doktryna czy system. To Jezus stanowi centrum naszej

wiary: Jezus Chrystus jako prawdziwy człowiek i prawdziwy Bóg. Otwiera to przez nami zupełnie nową perspektywę. Podkreślał zawsze, że żywa i autentyczna wiara działa przez miłość, tzn. jest „miłością kształtowaną"

i prowadzi ku nadziei, co umożliwia głębsze widzenie. Stąd tryptyk encyklik Benedykta XVI: o miłości - Deus caritas est, o nadziei - Spe salvi, i o integralnym rozwoju ludzkim - Caritas in veritate.

Ktoś może uznać, że tylko trzy encykliki to mało (przygotowywana czwarta, o wierze, została już dokończona przez papieża Franciszka), ale Benedykt XVI tłumaczy to w ten sposób: - Przede wszystkim chciałem dokończyć książkę o Jezusie, co oczywiście można uznać za niewłaściwy priorytet, ale to uzasadniony powód. I oczywiście ważki argument: po pełni przesłania, jakie w tej formie dał nam Jan Paweł II, uważałem, że wolno mi przyjąć nieco swobodniejszy rytm - tłumaczy papież emeryt w wywiadzie rzece udzielonym Peterowi Seewaldowi. I dodaje, że jego ulubioną encykliką jest Deus caritas est (Bóg jest miłością). To właśnie w tej encyklice Benedykt XVI zawarł to, co najważniejsze.

„Chcę podkreślić niektóre fundamentalne elementy, aby pobudzić świat do nowej, czynnej gorliwości w dawaniu ludzkiej odpowiedzi na Bożą miłość" - napisał we wprowadzeniu.

Wśród wielu wątków podjętych przez papieża w tej encyklice warto wyróżnić opis relacji pomiędzy miłością Boga i drugiego człowieka. Z doświadczenia wiemy, że często trudno nam kochać ludzi, których nie lubimy, którzy nas czymś zranili lub też po prostu ich nie znamy.

Dlatego Ojciec Święty wyraźnie zaznacza, że punktem wyjścia miłości do tych ludzi jest intymne spotkanie z Bogiem, które „pobudza także uczucia". Podstawą jest więc modlitwa i dopiero ona uzdalnia nas do prawdziwego kochania innych.

„Właśnie wtedy uczę się patrzeć na inną osobę nie tylko jedynie moimi oczyma i poprzez moje uczucia, ale również z perspektywy Jezusa Chrystusa. Jego przyjaciel jest moim przyjacielem. Przenikając to, co zewnętrzne w drugim człowieku, dostrzegam jego głębokie wewnętrzne oczekiwanie na gest miłości, na poświęcenie uwagi, czego nie mogę mu dać jedynie za pośrednictwem przeznaczonych do tego organizacji (...). Patrzę oczyma Chrystusa i mogę dać drugiemu o wiele więcej niż to, czego konieczność widać na zewnątrz: spojrzenie miłości, którego potrzebuje. W tym właśnie przejawia się niezbędne współdziałanie między miłością Boga i miłością bliźniego, o którym mówi z takim naciskiem Pierwszy list świętego Jana. Jeżeli w moim życiu brak zupełnie kontaktu z Bogiem, mogę widzieć w innym człowieku zawsze jedynie innego i nie potrafię rozpoznać w nim obrazu Boga" - pisze Benedykt XVI.

Zaraz jednak papież zwraca uwagę na niebezpieczeństwo koncentracji jedynie na Bogu, a zapominaniu o miłości bliźniego. Jeżeli tak bardzo gorliwie wypełniamy swoje „religijne obowiązki", że zupełnie nie zwracamy uwagi na drugiego człowieka, to ochładza się także nasza relacja z Bogiem. Jest ona wówczas tylko „poprawna", ale pozbawiona miłości. Miłość do Boga i do bliźniego są więc naczyniami połączonymi.

Miłość Boga powinna owocować większą miłością bliźniego. A większa miłość bliźniego powinna owocować większą miłością Boga. „Jedynie moja gotowość do wyjścia naprzeciw bliźniemu, do okazania mu miłości, czyni mnie wrażliwym również na Boga. Jedynie służba bliźniemu otwiera mi oczy na to, co Bóg czyni dla mnie i na to, jak mnie kocha"- zauważa papież i podkreśla, że miłość Boga i miłość bliźniego są nierozłączne, są jednym przykazaniem.