Strona główna  /  Warto przeczytać  /  Książka "Na drogach czasu i przestrzeni"

Książka "Na drogach czasu i przestrzeni"

 Książka Na drogach czasu i przestrzeni  Barbary Majewskiej - Luft i Marii Borsuk - Majewskiej zawiera m.in. wspomnienia z życia Sodalicji Mariańskiej Akademików w latach 1946 - 1949.

Barbara Majewska - Luft zdała konspiracyjną maturę w 1942 r., pracowała jako sanitariuszka w obozie przejściowym Dulag 121 w Pruszkowie. W okresie powojennym należała do sodalicji akademickiej. Będąc absolwentką filologii polskiej, uczyła w latach 1948-2000 języka polskiego w warszawskich szkołach średnich, w tym 35 lat w  liceum im. Żmichowskiej.

Publikujemy fragmenty jej wspomnień z okresu sodalicyjnego, zawarte we wspomnianej książce, a napisane w 1978 r.:

„Byliśmy bardzo jeszcze młodzi (między 18 a 25 lat), ale jakże dalecy od promiennej aury beztroskiego dzieciństwa. Mieliśmy za sobą bolesne doświadczenia wojny, z której wychodziliśmy głęboko psychicznie okaleczeni a jednocześnie zahartowani: konspiracyjną szkołę, podziemne organizacje, większość - Powstanie Warszawskie, niektórzy - partyzantkę, obóz lub szlak armii kościuszkowskiej. Nie było chyba nikogo, kto by nie przeżył straty istot bliskich, niekiedy najbliższych lub ruiny jakichś marzeń i nadziei. Z tych trudnych wojennych szlaków wyrosła nasza wiara, przez niektórych zdobywana od podstaw, przez innych pogłębiana i odnajdywana na nowo, na własny już rachunek, choć na bazie wpojonych przez rodzinę zasad. Kształtowała się jako owa jedyna zasada, o którą warto oprzeć dalsze swoje życie, jako jedyna wielka i promienna wartość, jako poczucie, że, jeśli jest jeszcze coś takiego, dla czego warto żyć, angażować się i tworzyć, to jest to jedynie służba Bogu i wielkie dzieło budowania Jego Królestwa. I wydawało się nam - dzieciom okrutnego wojennego zamętu, że to od nas, którzy otrzymaliśmy łaskę głębokiej wiary pierwszych chrześcijan, rozpoczyna się jakaś nowa era, że Bóg nas tu zebrał, złączył i kazał iść za sobą, abyśmy budowali Jego dom na gruzach świata zniszczonego przez złość i nienawiść.

Chcieliśmy z Sodalicji uczynić coś więcej niż organizację młodzieży katolickiej. Co? Nikt z nas dokładnie nie wiedział: stan, legion służby Bożej, zakon miłości...? Nasze zawołanie Cześć Maryi!, brzmiało prawie jak pobudka. Z jaką dumą nosiliśmy nasze sodalicyjne M-ki, choćby mogło to kogoś narazić na przykrość, o co w świecie coraz bardziej agresywnego komunizmu wcale nie było trudno. Oczywiście, było w tym trochę dziecinady, ale jakże pełnej entuzjazmu (...).

Chrześcijaństwo miało być dla nas stylem życia, najgłębszym a jednocześnie najprostszym, pozbawionym wszelkiego patosu, pompy, wielkich słów lub poczucia własnej lepszości. Pamiętam, jak bardzo buntowałam się przeciwko zasłyszanej wówczas od któregoś z księży tezie, jakoby człowiek niewierzący nie mógł być zbawiony. Rzecz ciekawa - mimo tak głębokiego organizacyjnego zaangażowania - nie przeczytałam nigdy, podobnie jak wielu moich kolegów, statutu Sodalicji Mariańskiej, i to bynajmniej nie z braku czasu. Raził nas patos tradycyjnych słów i sformułowań oraz ramy organizacyjne. (...) Przypadek sprawił, że znaleźliśmy się w ramach tej właśnie organizacji, której rola polegała przede wszystkim na tym, że pozwoliła nam się spotkać i wytworzyć atmosferę wspólnoty (oczywiście, nie bez pomocy Naszej Patronki). Byliśmy w dodatku pierwszym pokoleniem polskiej młodzieży powojennej, które ratowało wiarę w człowieka - Stworzenie Boże, wiarę mimo wszystko. Pokoleniem, które wychodząc z wojennego zamętu mówiło zdecydowanie Tak! Bogu, ludziom i światu, a zdecydowanie Nie! pierwszym próbom ateizacji młodzieży szkolnej i uniwersyteckiej. Z pewnością wydawało się nam, że znaczymy więcej niż znaczyliśmy, zdziałamy więcej niż zdziałaliśmy. Ale czym mierzy się w oczach Stwórcy efektywność ludzkiego działania? (...) Z akademickich grup sodalicyjnych wyszło kilkanaście powołań kapłańskich i zakonnych. Wyszło również, jak zaznaczyłam, wiele rodzin chrześcijańskich, wielu dzisiejszych aktywistów Klubów Inteligencji Katolickiej i w ogóle katolików świeckich, włączających się aktywnie w życie Kościoła, prowadzących między innymi przygotowanie do małżeństwa i rodziny. Dziś, gdy coraz więcej i coraz głośniej mówi się o roli świeckich w Kościele, wydaje się, że nasz staż sodalicyjny w duchu nowego stylu życia i służby Kościołowi był w jakiejś skromnej mierze przygotowaniem kadry dla nadchodzących czasów.

Nasuwa się jednak pytanie bolesne i trudne, gnębiące, jak się wydaje, nie tylko piszącą te słowa. Czy i na ile zdołaliśmy przekazać choć część naszej wiary, naszego entuzjazmu, naszej miłości do Boga, który stał się Człowiekiem i umarł na krzyżu dla naszego zbawienia, tym, którzy przychodzą po nas: naszym dzieciom w ścisłym tego słowa znaczeniu i dzieciom naszego ducha - przyszłym pokoleniom? Jeżeli nie, albo zbyt mało, to czy nam zabrakło wierności i konsekwencji, czy taka jest logika Bożych spraw, że siewcy nie zawsze dane jest widzieć owoc jego siewu?

Owoc ten wyrasta może poza zasięgiem jego wzroku, poza czasem, który został mu dany. Czy jednak mamy moralne prawo powiedzieć z czystym sumieniem: słudzy nieużyteczni jesteśmy, co do nas należało - uczyniliśmy?